Już nikogo nie słychać – Ryszard Ćwirlej – recenzja

Już nikogo nie słychać – Ryszard Ćwirlej – recenzja

26 marca 2018 Wyłącz przez Dariusz Mierzwa

KRYMINAŁ RETRO NAJWYŻSZEJ KLASY! Listopad 1926 roku. W Poznaniu krążą pogłoski o spodziewanej wizycie Piłsudskiego. Nad bezpieczeństwem Marszałka ma czuwać komisarz Antoni Fischer. Jednak napięta po przewrocie majowym atmosfera w kraju, narastające nastroje antysemickie oraz ciągle ścierający się bolszewicy i narodowcy nie ułatwiają komisarzowi zadania.

Już nikogo nie słychać - Ryszard Ćwirlej - recenzjaNa domiar złego w mieście dochodzi do zbrodni. Młody praktykant znajduje ciało zastrzelonego właściciela zakładu pogrzebowego, Alojzego Kaczmarkiewicza. Jego siostrzeniec Anastazy Olkiewicz, zasłużony w czasie wojny bolszewickiej przodownik policji, za punkt honoru stawia sobie złapanie zabójcy. Niedługo potem, w podobny sposób, ginie działacz partii narodowej, mecenas Olgierd Witecki. Fischer nie ma ani chwili do stracenia, jak najszybciej musi znaleźć groźnego zabójcę.

Ryszard Ćwirlej perfekcyjnie oddaje atmosferę dwudziestolecia międzywojennego. Jego bohaterowie przechadzają się po uliczkach dawnego miasta, zaglądają do barów, zatęchłych piwnic i cel.

Ryszard Ćwirlej, Już nikogo nie słychać – fragment książki

Przekrwionymi oczyma spoglądał na ścianę. Maliszew- ski przyjrzał mu się uważnie. Było coś osobliwego w tym więźniu, coś, czego fotograf nie potrafił zdefiniować. Miał nawet przez chwilę wrażenie, że gdzieś już go kie- dyś widział, tylko za nic nie potrafił go umiejscowić w ja- kimś konkretnym otoczeniu. Może to któryś z żebraków spod kościoła Świętego Marcina, do którego Maliszew- ski chodził w każdą niedzielę, a czasami nawet częściej. Tyle że ci żebracy spod kościelnego muru byli zazwyczaj starzy albo kalecy, a ten tutaj wyglądał całkiem zdrowo. Mógłby się wziąć do jakiej uczciwej roboty i zarobić na lepsze życie i na porządniejszy przyodziewek.

Fotograf wrócił na swoją pryczę i zajął miejsce do- kładnie na wprost młodzieńca.

–    A wy za co siedzicie? – zapytał, zaciągając się pa- pierosem.

–    Ja? – zdziwił się, chyba tym, że w ogóle ktoś go o coś pyta.

–    No wy. Bo ja to przez oczywiste nieporozumienie. Tak w ogóle to ja jestem współpracownikiem policji. Jako fotograf zawodowy robię najlepsze zdjęcia w Poznaniu i dlategoż policja nader często korzysta z moich usług. Jakby pan kiedy potrzebował dobrego zdjęcia do legity- macji, to polecam moje atelier, które mieści się przy pla- cu Wolności. Wie pan, gdzie to jest?

–    Nie wiem.

–    Pan nie z Poznania.

–    Nie.

–    A skąd, jeśli można wiedzieć?

–    Z Warszawy.

– Och, Warszawa, stolica, inny świat. Byłem kiedyś w Warszawie. Piękne miasto, panie. A pan tu za pracą przyjechał? – Maliszewski był coraz bardziej zaintere- sowany współwięźniem. W końcu był to ktoś z innego, wielkiego świata. Co tam, że brudny i w łachmanach. Twarz miał jednak inteligentną, zauważył, przypatrując mu się uważnie.

–    Za pracą – potwierdził oberwaniec.

– Tu u nas pracy pod dostatkiem, byle się tylko kto chciał brać do roboty. Słyszałem, że przyjmują na bar- kach do rozładunku. W tym roku, panie, sezon dłuższy, bo zima się spóźnia i można towary rzeką wozić. A pan żeś na barkach próbował co znaleźć?

Warszawiak pokręcił głową.

– A za co pana zamknęli? Bo mnie, uważasz pan, przez horrendalną pomyłkę.

–    Nie wiem za co.

Aha. No tak bywa. Ale jak śledczy weźmie pana w obroty, to zaraz powiedzą za co. Jak ja bym się tylko ze śledczym spotkał, to zaraz wyjdzie, że to wszystko niepo- rozumienie, panie. Grube nieporozumienie. Jeszcze się z tego wszyscy będziemy śmiać – przekonywał Maliszew- ski, choć na razie wcale nie było mu do śmiechu. Wstał ze swojej pryczy i podszedł do kibla stojącego na lewo od drzwi. Podniósł pokrywkę i wrzucił do wiadra niedopałek papierosa, po czym przemierzył niewielką celę zaledwie pięcioma krokami i spojrzał przez zakratowane okno. Aresztanckie cele znajdowały się w piwnicy, więc widok z nich był niezbyt ciekawy. Można było 

dostrzec tylko 

mur oficyny odchodzącej od kamienicy, która przylegała do policyjnego gmachu.

– Tam dalej jest Teatr Polski. – Wskazał ręką na ce- glaną ścianę. – Za tym murem. Wiem to dobrze, bo ro- biłem tam nieraz fotosy na zamówienie. Wie pan, takie zdjęcia z aktorami i aktorkami, co się je później wkleja do gabloty, w której jest plakat ze spektaklu. A pan to w ogóle był kiedy w teatrze?

– Byłem – potwierdził współwięzień.

– Tu co prawda nie Warszawa, tu nie ma takich gwiazd jak w stolicy, ale nasi aktorzy też niczego sobie. A Żydów to już w ogóle w Teatrze Polskim nie znajdziesz. A pan to chyba nie Żyd?

–    Nie.

– To bardzo dobrze, bo ja jako prawdziwy Polak i ka- tolik to z żydostwem bym nie chciał siedzieć w jednej celi. Zresztą i tak zaraz stąd wyjdę.

Chłopak nie zdążył odpowiedzieć. Klapka judasza przesunęła się ze zgrzytem i strażnicze oko zajrzało do środka. Po chwili obaj aresztanci usłyszeli dźwięk wy- dawany przez klucz obracający się w zamku i drzwi się otworzyły. Maliszewski był przekonany, że stanie w nich ten sam gburowaty strażnik. Zamiast niego zobaczył in- nego gbura, tego samego przodownika, który zakuł go w kajdanki i wsadził do aresztu.

O, wreszcie pan sobie o mnie przypomniał. To skandal, żeby porządnego obywatela wsadzać za krat- ki i przetrzymywać bez powodów. Ja się poskarżę sa- memu komisarzowi Fischerowi. To niebywały skandal, panie… – przerwał nagle, bo za przodownikiem do celi 

wszedł sam Fischer. Komisarz zmierzył Maliszewskie- go przeszywającym spojrzeniem kobry spoglądającej na swoją ofiarę.

– Mam nadzieję, panie Maliszewski, że ma pan ja- kieś rozsądne wytłumaczenie tego, coś pan robił w tym mieszkaniu…

– Panie komisarzu, aspirant Oskierko melduje się – odezwał się ktoś zza pleców Maliszewskiego. Ten natych- miast odwrócił głowę. Obdartus bez butów stał na środku celi i spoglądał posępnie na swoje brudne nogi.

Fischer zrobił krok do przodu, odsunął na bok foto- grafa i stanął przed Oskierką. Przez chwilę patrzył na niego, jakby się chciał upewnić, że rzeczywiście ma do czynienia ze swoim podwładnym. Gdy w końcu stwier- dził, że ten widok to nie jest jakaś halucynacja, wziął się pod boki i zapytał ostro:

– Pan mnie zdumiewa, Oskierko. Pański zapał do pracy wywiadowczej jest wprost niewiarygodny. Ale na przyszłość niech pan będzie tak miły i informuje mnie o swoich planach wywiadowczych, bo my do inwigilacji aresztantów tu w Poznaniu wykorzystujemy innych za- trzymanych, którzy są naszymi konfidentami. Oficerom przydzielamy bardziej odpowiedzialne zadania.

–    Tak jest!

–    Idziemy na górę, panie Oskierko.

– A co ze mną, szanowny panie komisarzu? – Mali- szewski stanął mu na drodze.

Pan sobie tu jeszcze trochę poczeka i przemyśli wszystko jeszcze raz.

Premiera z 17.01.2018 – Wydawnictwo Cztarta Strona

Echo Chorzowa, informacje, wiadomosci, aktualnosci
pinterest